prywatnie

Margarita, czyli na plaży ze zwierzętami!

Tak jak ostatnie Boże Narodzenie, spędzone w Polsce, było bardzo udane, tak ta miniona właśnie Wielkanoc śnić mi się pewnie będzie jeszcze długo po nocach jako paskudny koszmar.

Ale sam sobie jestem winny. Pod rodzinną presją (czyt. rodziny żony) dałem się namówić do złamania dwóch złożonych wcześniej przyrzeczeń. Czyli, po pierwsze, że moja noga na Margaricie już więcej nie postanie. I, po drugie, że nie będę nigdy więcej podróżował po Wenezueli w okresie Semana Santa, Wielkiego Tygodnia, czyli wtedy gdy właśnie cała Wenezuela podróżuje.  I robi to głównie poszukiwaniu plaż.

No ale stało się – zapakowaliśmy się w samochód i po zadziwiająco sprawnym dojechaniu do Puerto La Cruz, przeprawiliśmy się promem na Margaritę.

Rodzina żony ma tam całkiem przyjemny i przestrzenny dom z ogrodem. Ogrodzony, jak to w Wenezueli, wysokim murem zwieńczonym drutami pod napięciem, jest taką namiastką tropikalnej, bezpiecznej oazy. I tam, na dobrą sprawę, mógłbym siedzieć nawet cały tydzień, albo i dłużej.

Problem w tym, że Rodzina, jak na Wenezuelczyków przystało, nie była w stanie zadowolić się tym domem i ogrodem. Rodzina, jak na Wenezuelczyków przystało, musiała pójść powylegiwać się na plaży. Bo wakacje Wielkiego Tygodnia bez poleżenia w piasku, bez upicia się na plaży, bez zanurzenia się w Morzu Karaibskim, nie byłyby wakacjami. Jak mi powiedział któryś z wujków żony: „nie po to się ma dom w okolicach Juangriego, aby w nim cały czas siedzieć. Bo przecież najpiękniejsze plaże Wenezueli wokół”.

Więc chodziliśmy. Jednego dnia na Playa Caribe, innego na Playa El Agua, także na Playa La Punta. To ponoć plażowa, światowa ekstraklasa.

Może to i prawda, ale pod jednym warunkiem – jakby nie było na tych plażach Wenezuelczyków. Bo z nimi jest to nie do wytrzymania.

Wyobraźcie sobie plażę wypchaną do granic możliwości. Takie Dębki, czy Jastrzębia Góra w pełni sezonu i, jeśli chodzi o zagęszczenie, to razy pięć. Do tego wszyscy znacznie bardziej rozkrzyczani niż Polacy. Wszyscy, poza najmniejszymi dziećmi, w mniejszym lub większym stopniu pijani. Już od samego rana, bo Wenezuelczyk targa zawsze ze sobą na plażę termoizolacyjne skrzynie wypełnione piwem i innymi, mocniejszymi, trunkami. Jedni piją aby sie bawić, inni piją aby pić, a jeszcze inni, tak jak ja, piją aby się znieczulić. Bo na trzeźwo, rzeczywiście, nie da się tego wszystkiego wytrzymać.

Bo to nie wszystko. Na wenezuelskiej plaży każda prawie rodzina, grupka znajomych, ma własną muzykę. Głośno, bo przecież trzeba zagłuszyć muzykę sąsiadów. Pół biedy gdy jest to jakas salsa, gorzej gdy popularny tu bardzo reaggeton. „Wsadź mi go twardego tatuśku, wsadzaj mi go ostro i rytmicznie.” – tym właśnie refrenem charakteryzowała się ulubniona piosenka naszych sąsiadów na Playa El Agua. I wstawiona mamuśka, z dobrymi 20 kilogramami nadwagi, zachęcała co rusz swoją może 8-letnią córkę, aby ta wraz z nią rytmicznie ruszała przód-tył, przód-tył biodrami. Oczywiście śpiewając przy tym na cały głos „Wsadź mi go twardego, tatuśku, wsadź mi go!”.

To chyba było najgorsze. Plaża w Wenezueli to bardzo często wyjątkowy festiwal chamstwa i wulgarności. I to właśnie poniekąd twarz boliwariańskiej rewolucji. Tam właśnie widać tych wszystkich niedokształconych chamów, którzy dzięki korupcyjnym układom i lizaniu czerwonych dup, zajmują jakieś posadki, które dają im finansową możliwość zabrania rodziny na wakacje na Margaricie i upijanie się na plaży 18-letnią whisky z colą.

Nie brakuje też takich, co nawet wchodząc do morza nie zdejmują z tych swoich najczęściej opasłych brzuchów czerwonych koszulek chwalących pamięć Hugo Chaveza, czy proklamującego wierność temu aktualnemu idiocie – Maduro.

Mają na tyle forsy, aby przez kilka dni powozić się po tej Margaricie jak paniska, ale słoma z butów wychodzi co chwila. Więc robią to, co robili zanim było ich stać na takie podróże, czyli niedawno – śmiecą, szczają i srają gdzie popadnie. Drą ryje bez umiaru i na plaży, pijani, ostetnacyjnie noszą się ze swoimi pistoletami.

Oczywiście ekstrapoluje. Nie wszyscy co jeżdżą na plaże to skończone chamy, a ci co są chamami nie są wyłącznie sługusami rządzącego Wenezuelą reżimu. Wśród sympatyków opozycji też nie brakuje buraków i śmieciarzy. Ale to właśnie ci „czerwoni” w ten Wielki Tydzień szczególnie rzucali mi się w oczy. I szczególnie zaleźli mi za skórę. Bo jak już znudził im się reagatton, to włączyli rewolucyjne pieśni. To ja już naprawdę wolę „Wsadź mi go twardego”, od „Ojczyzno, Ojczyzno kochana” w wykonaniu Chaveza i jego pijanych, zezwierzęconych uczniów.

Oj wiele czasu minie zanim moja noga ponownie stanie na jakiejś wenezuelskiej plaży. A na śmierdzącą, brudną Margaritę wołami mnie już nikt nigdy nie zaciągnie. Zwłaszcza, że straciła ona swoją atrakcyjność jako dobre miejsce do shoppingu. Jeszcze kilka lat temu wyspa ta była oazą dobrego zaopatrzenia, dostać można było na niej rzeczy nieosiągalne na kontynencie. Ale teraz i tu dotarł boliwariański kryzys. W sklepach takie same pustki i takie same kolejki jak w reszcie kraju. Mówiąc krótko – socjalizm: wszystkim po równie mało. Przestępczość też bije rekordy. Strzelaniny, napady i kradzieże to już także margariteńska codzienność.

Reklamy

Jingle Bells, Jingle Bells!

Dzisiaj u mnie panuje radośnie świąteczny nastrój. Prawie czuję w powietrzu zapach choinki. Bo kilka godzin temu dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Polski w okresie bożonarodzeniowo-noworocznym! Całą rodziną! I, choć w Polsce byliśmy kilka miesięcy temu,  jest to, mimo wszystko, dla mnie wielkie wydarzenie.

W Wenezueli mieszkam już prawie 9 lat i w tym czasie byłem w Polsce zaledwie 5 razy. Jakkolwiek patriotycznych tęsknot nie ma we mnie wcale, to jednak, wcale się tego nie wstydzę, za rodziną, przyjaciółmi, czy zakamarkami w rodzinnym mieście, ckni mi się dość regularnie. Więc naprawdę cieszę się bardzo z tej całkiem bliskiej perspektywy wyjazdu. Zwłaszcza, że będzie on okazją, taką mam nadzieję, aby moja córka zapoznała się ze śniegiem. Bo, póki co, najniższa temperatura jakiej zaznała to 14 stopni napotkane w ubiegłym miesiącu, późnym wieczorem, w jednym z górskich miasteczek w andyjskim stanie Merida.

Bo wenezuelskia malżonka zimowe doświadczenie już posiada – ma za sobą jedną polską Wigilię, która dla Wenezuelczyków, przyzwyczajonych do świętowania Bożego Narodzenia na plaży, jest obrzędem całkiem egzotycznym.

Kilka słów należy napisać o biletach lotniczych, które w ostatnich miesiącach stały się towarem mocno deficytowym. Wszystko z powodu wielomiliardowego długu, jaki wenezuelski rząd ma wobec zagranicznycgh linii lotniczych. Choć tutejsze władze oczywiście oburzają się, gdy mówi się o „długu”. Według nich żadnego długu nie ma. Formalnie mają nawet rację, choć w praktyce ich zachowanie to zwykły bandytyzm.

Sprawa w skrócie wygląda następująco: linie lotnicze, na całym świecie, ceny międzynarodowych biletów mają w dolarach. To, jeśli się nie mylę, jedyna waluta cenników IATA. I ceny te po prostu przelicza się na lokalną walutę rynku sprzedaży. Czyli w Wenezueli na boliwary.

A ponieważ rząd ma tu praktyczny monopol na oficjalną wymianę walut i międzynarodowy obrót walutami, to właśnie rząd ma później wymieniać liniom lotniczym zainkasowane boliwary na dolary, aby te mogły zarobek wytransferować do swych central.

Taka jest teoria. W praktyce od dwóch lat rząd ociąga się z wymianą boliwarów na dolary. I linie lotnicze mają na swych wenezuelskich kontach miliardy bezużytecznych, tracących każdego dnia na wartości, boliwarów. „Dług” rządu wobec przewoźników przekracza już ponad 4 miliardy dolarów. I niektórzy, prawie wszyscy, stracili już cierpliwość.

Air Canada po prostu, z dnia na dzień, przestała latać do Caracas. Inne linie drastycznie zredukowały liczbę lotów do Wenezueli i, w miarę możliwości, wysyłają na trasy tutaj mniejsze samoloty (np. Aerolineas Argentinas zaminiło Airbusa A330 na Boeinga 737).

W efekcie liczba dostępnych biletów bardzo zmalała. A te co pozostały są dla Wenezuelczyków najczęściej niedostępne. Linie lotnicze albo zupełnie wstrzymały sprzedaż biletów na terenie Wenezueli, albo wprowadziły ograniczenia. Np. Lufthansa sprzedaje bilety do Europy tylko z trzydniowym wyprzedzeniem. Tzn. dzisiaj, w poniedziałek, mogę próbować kupić bilet na jutro lub pojutrze. Jeśli jeszcze cokolwiek pozostało.

Co więc robić w takiej sytuacji? Można kupować bilety za granicą, za dolary. Ale to jest zarezerwowane dla ekonomicznej elity, zwłaszcza tych co zarabiają w dolarach, mają konta za granicą, albo mają jakimś sposobem dostęp do „oficjalnych” dolarów, które rząd wciąć nielicznym udostępnia.

Pozostali o zagranicznych podróżach mogą, póki co, tylko pomarzyć. Weźmy przykład młodego lekarza, 3 lata po studiach, który pracuje w publicznym szpitalu i zarabia niewiele ponad 9 tys. boliwarów. Ile musiałby pracować na bilet do Polski kupiony za wolnorynkowe dolary? W Lufthansie najtańsza obecnie teoretycznie dostępna taryfa z Caracas to ok. 1700 USD, czyli, na dzień dzisiejszy 175 tys. boliwarów. Daje to prawie 20 miesięcznych, lekarskich pensji!

Witamy w boliwariańskim, socjalistycznym raju, gdzie wszystkim żyje się coraz lepiej!

Jest jeszcze jedna droga. Też typowo wenezuelska. Czyli „gestores„. Gestores, to „załatwiacze”, którzy za odpowiednią opłatą załatwiają w tym kraju niemal wszystko. Od prawa jazdy, przez dyplomy uniwersyteckie, po bilety lotnicze właśnie.

Bilety które dzisiaj dostałem, wystawione przez Air France, w biurze tych linii nie są do dostania. „Nie sprzedajemy.” usłyszałem, gdy jeszcze sam próbowałem załatwiać. Ale potem pewien kolega przedstawił mi swego kolegę, który ma kogoś w jakimś ministerstwie, kto może zarządać od linii lotniczej sprzedaży biletu po oficjalnej cenie. Czyli nie za 175 tys. boliwarów, tylko za 20-30 tysięcy. „Możesz mi załatwić?” nieśmiało zapytałem. „Chyba mogę, z ok. 100 proc. narzutem” – usłyszałem. „To spróbuj” – poprosiłem, bo szybko wyliczyłem że nadal to się będzie opłacało.

Kolega kolegi niespodziewanie odezwał się w miniony piątek. Takie i takie daty co odpowiadają? Tak? To przelewaj pieniądze na takie konto.

Była oczywiście chwila wahania, bo mogłem stracić pieniądze i nigdy nie zobaczyć żadnych biletów, ale postanowiłem zaryzykować.

Tym razem opłaciło się, bo dzisiaj dostałem maila z kodami rezerwacyjnymi, których wbicie na stronie internetowej Air France potwierdziło istnienie wystawionych biletów.

Ile w końcu zapłaciłem? Po 55 tys. boliwarów za dorosłego. To wciąż aż 6 miesięcznych wynagrodzeń lekarza, ale z drugiej strony tylko niewiele ponad 500 USD czarnorynkowych dolarów. Oficjalnie moje bilety kosztowały po 27 tys. boliwarów.

PS. Informacja dla znajomych: w Polsce będę od 21 grudnia do 10 stycznia.

 

 

 

 

Tajemniczy starszy pan z 13 piętra

Nie wiem jak jest pod tym względem obecnie w Polsce, ale tu w Wenezueli, w Caracas, w nowoczesnych apartamentowacach króluje anonimowość. Sąsiadów spotykam od czasu do czasu w windzie albo na parkingu, mówimy sobie dzień dobry albo dobry wieczór i na tym nasze sąsiedzkie relacje się kończą.

Żona twierdzi, i nie mam podstaw aby jej nie wierzyć, że to kolejna “zdobycz” Rewolucji Boliwariańskiej, że dawniej było inaczej. Teraz ludzie się siebie boją. Lepiej nie wiedzieć kto, gdzie i dla kogo pracuje, z kim i jakie ma układy. Ja się nie interesuje twoimi sprawami, ty nie wsadzaj nosa w moje – tak będzie najlepiej. I broń Boże nie pytaj skąd mam tego nowego hummera i dlaczego codziennie wyjeżdżam z domu w obstawie dwóch uzbrojonych motocyklistów.

W efekcie, choć w aktualnym miejscu mieszkamy już 5 lat, to nie znamy z sąsiadów nikogo, poza jednym małżeństwem mającym chłopca w mniej więcej wieku naszej dziewczynki. I które w dodatku też jest małżeństwem mieszanym, choć odwrotnie – on jest Wenezuelczykiem, ona Francuzką.

Reszta sąsiadów jest dla nas enigmą. A nie ma ich wcale tak wielu. Budynek ma raptem 15 pięter i po trzy mieszkania na każdym, z wyjątkiem ostatniego, gdzie jest tylko jeden penthouse z widokiem na 4 strony świata. Tam zdaje się mieszka ten gruby, co jeździ z ochroniarzami. Pracuje ani chybi na jakiejś intratnej rządowej posadzie, czego można się domyśleć po czerwonych koszulkach i naklejce-przepustce jakiegoś ministerstwa na szybie samochodu. No i gburowatości, bo jako jedyny chyba nie odpowiada na żadne dzień dobry, czy dobry wieczór. Co jednak sympatyczne, odkąd się wprowadził, gdzieś w połowie ubiegłego roku, skończyły się kłopotu z internetem w budynku i nawet wyłączenia prądu nam nie straszne, bo wraz z nim pojawił się w bloku, a właściwie obok niego, potężny agregat prądotwórczy startujący automatycznie z każdym razem gdy na ulicy gaśnie światło. Czasem miło być blisko władzy!

W budynku mieszka też starszy, niebieskooki pan jeżdżący też nie najmłodszym, ale wciąż bardzo przepięknym Fordem Mustangiem. To znaczy nim jeździ w weekendy, bo na codzień ma Forda Explorera. Wiem to wszystko, bo miejsca parkingowe ma naprzeciw naszych. Zawsze się z moja lubą zastanawialiśmy skąd jest, bo po oczach i akcencie w dzień dobry i dobry wieczór było widać, że nie tutejszy. Ale tak jak już napisałem – żelazną zasadą jest, że o nic się nie pytamy. Więc zgadywaliśmy. Było, że może Francuz, może Amerykanin? Żona stawiała jeszcze na Holendra. Możliwość Rosjanina ja wyeliminowałem, bo zbyt dystyngowany, zbyt szczerze uśmiechający się i za bardzo patrzący w oczy przy dzień dobry i dobry wieczór. Z tego samego powodu odrzuciłem też hipotezę niemiecką. Poza tym nie miał niemieckiej flagi na żadnym swoim samochodzie, a Niemcy tutaj zazwyczaj je mają. Jeszcze była możliwość, że jakiś Skandynawczyk, ale zbyt dużo ciepła było w tym jego spojrzeniu.

Tak, jestem świadomy, że dużo w tym wszystkim uprzedzeń i stereotypów, ale przyznajcie sami, kto ich nie ma?

Zagadka strarszego pana z 13 piętra rozwiązała się sama w ten weekend. Miałem akurat urodziny i właśnie wychodziliśmy na rodzinny obiad do restauracji, właśnie wsiadaliśmy do windy, właśnie powiedziałem Buenos Dias tejemniczemu nieznajomemu, gdy zadzwoniła mama z życzeniami. Dużo se nie porozmawialiśmy bo w windzie zasięg jest nikły, a gdy zjeżdża w podziemne garaże niknie zupełnie. Skończyło się więc na: tak, tak wszystko dobrze, zdzwonimy się później, mała zdrowa, też Cię kocham. Wystarczyło to jednak aby twarz pana z 13 piętra rozpromieniała i aby, łamiąc sąsiedzkie konwenanse, natychmiast zapytał: Jesteś Polakiem?

Okazało się, że starszy pan z 13 piętra ma na imię Jan i też jest Polakiem. Tzn. obywatelstwo ma francuskie, ale czuje się Polakiem, bo oboje rodzice z Polski, wychowany choć we Francji to po polsku. I mówi po polsku bardzo dobrze. Choć jak sam przyznał już od lat nie miał okazji. Bo syn, juz bardzo dorosły, mieszka w USA i po polsku nie chce, rodziny w Polsce nie ma, a ta z Francji woli po francusku.

Bardzo to było wzruszające. Bardzo lubię takie niespodziewane spotkania. I cieszę się bardzo, że pan Jan, już dla mnie Janek, przyjdzie do nas w piątek na kolację.

Już po Polsce

Nie. To nie jest żadna apokaliptyczna przepowiednia. Ani diagnoza. Po prostu jestem po ponad miesięcznym pobycie w Polsce. Wróciłem wczoraj.

I był to wyjazd w pewnym sensie bezprecedensowy – bo po raz pierwszy byłem tam z córką. Byłem też z żoną, ale akurat z nią jeździłem już wcześniej. W trójkę byliśmy 2 tygodnie. Potem one wróciły do Caracas, a ja zostałem jeżdżąc od południa do północy, odwiedzając stare kąty, znajomych i rodzinę. Bardzo miło było. I ciekawie.

Bo w Polsce mnie nie było ponad 3 lata. Więc zmian sporo. Niesamowicie kraj się zmienił i unowocześnił. Autostrady, nowe budynki, to wszystko robi duże wrażenie. Chyba tylko PKP zatrzymało się w czasie, bo pociągi nadal się wloką i nie grzeszą czystością ani nowoczesnością. Charakterystyczny zapach też w nich ciągle ten sam.

Ale generalnie wrażenia pozytywne. Bardzo nawet.

Garstka spostrzeżeń jednak:

– Jesteśmy strasznymi malkontentami. Ciągle słyszałem utyskiwania na kryzys i Tuska. Narzekają nawet ci, którzy mieszkają w pięknych domach, przed którymi stoją 2 samochody i którzy właśnie zastanawiają się, czy na najbliższe wakacje pojechać na Hawaje, czy może na Fidżi. 🙂

– Polska polityka to bagno. Może nie takie jak w Wenezueli ale niechętnie oglądałem dzienniki, czy brałem gazetę do ręki. Ale i tak zdołałem podjąć decyzję, że na wybory do Europarlamentu nie pójdę. Bo nie wiedziałbym zupełnie na kogo zagłosować. PO robi wrażenie wypaolonej, PiS wciąż tak samo nawiedzony, a Korwin wciąż jest wariatem który raz gada z sensem a raz plecie jak potłuczony. Palikot już tylko antyklerykuje, a SLD mnie brzydzi. Więc nie mam w czym wybierać.

– Z tolerancją jest kiepsko. Moja żona murzynką nie jest, jest typową latynoską. Nasze dziecko też raczej ciemne. No i nasłuchałem się różnych komentarzy, niestety nie zawsze sympatycznych. Nie chciał bym być Murzynem w Polsce, zdecydowanie nie.

I ostatnia uwaga, najważniejsza:

polskie piwo jest wyśmienite!

Wracać do Caracas łatwo nie było. Tutejsze stołeczne lotnisko przywitało mnie, jak zwykle, potwornymi kolejkami do kontroli paszportowej i godzinnym prawie oczekiwaniem na bagaże. Nowością, bo tego jeszcze nie było gdy wylatywałem w Wielki Piątek, są olbrzymie plakaty z JaśnieMiłościwymNamTuPanującym Prezydentem Maduro. Wielkie jego zdjęcia z podpisem: MADURO to lud!

Od razu poczułem się w domu. Ale wariatów.

Świąteczna, wenezuelska bida

Trochę smutne te moje tegoroczne święta Bożego Narodzenia. Trochę smutna jest ta tegoroczna, świąteczna Wenezuela.

Odkąd mieszkam w Wenezueli – czyli już od ponad 8 lat; zawsze, próbowałem wrócić na Boże Narodzenie do Polski. A ponieważ najczęściej się to nie udawało, to starałem się jakieś nasze tradycyjne danie przemycić na tutejszty świąteczny stół. Nawet jeśli ten stół był, bo tak też bywało, tylko kocem rozłożonym na jakiejś plaży Morza Karaibskiego.

Bo choć grudniowy, słoneczny skwar nie sprzyja świątecznej celebracji i biesiadowaniu w stylu polskim, to jednak zależało mi aby jakiś tam tradycyjny akcent się pojawił. Najczęściej w formie pierogów z kapustą i grzybami, bądź jakiegoś ciasta (najczęściej makowiec, piernik, bądź sernik).

Niestety w tym roku tradycji nie stało się zadość. Nie było ani pierogów, ani „polskiego” ciasta. I bynajmniej nie dlatego, że zabrakło chęci, czy czasu. Bo te były. Po prostu w tym roku, po raz pierwszy, nie zdołałem uzbierać niezbędnych składników.

Udało mi się zdobyć cukier, na rynku Quinta Crespo spod lady trafiło mi się mleko, a dzięki informacji na blogu Tomka Surdela dostałem nawet niesolone masło, ale – niestety – mąki pszennej na oczy nie widziałem już od kilku miesięcy. A bez mąki ani ciasta, ani pierogów zrobić nie potrafię. 😦

Znajomy miał mi przywieźć mąkę z Bogoty, gdzie służbowo pojechał kilka dni przed Świętami, ale to też nie wyszło – gdzieś po drodze, czyli na lotnisku w Bogocie lub Caracas (stawiam na Caracas) okradziono mu bagaż pełen prezentów. Mąkę też zabrano.

Więc smutno trochę. Smutno i straszno, tak na dobrą sprawę. Bo gdzie nas ta Rewolucja Boliwariańska doprowadzi? Mamy już kolejki, bijatyki w sklepach, papier toaletowy stał się dobrem luksusowym, lekarstwa dla dziecka za łapówkę, bądź ze Stanów. Naprawdę sporo się zmieniło w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Naprawdę na gorzej.

Nie będę ukrywał – liczę, że w końcu coś pęknie, że Wenezuelczycy przejżą na oczy, wyjdą na ulice, wymuszą zmiany. Że kraj odbije się od dna. Tylko gdzie jest to dno? Daleko jeszcze?

Tymczasem wszystkim czytelnikom stałym i przypadkowym, znajomym i nieznajomym, życzę spokoju, rodzinnego ciepła, dostatku i zdrowia! Wesołych Świąt po prostu!