bilety lotnicze w Wenezueli

Jingle Bells, Jingle Bells!

Dzisiaj u mnie panuje radośnie świąteczny nastrój. Prawie czuję w powietrzu zapach choinki. Bo kilka godzin temu dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Polski w okresie bożonarodzeniowo-noworocznym! Całą rodziną! I, choć w Polsce byliśmy kilka miesięcy temu,  jest to, mimo wszystko, dla mnie wielkie wydarzenie.

W Wenezueli mieszkam już prawie 9 lat i w tym czasie byłem w Polsce zaledwie 5 razy. Jakkolwiek patriotycznych tęsknot nie ma we mnie wcale, to jednak, wcale się tego nie wstydzę, za rodziną, przyjaciółmi, czy zakamarkami w rodzinnym mieście, ckni mi się dość regularnie. Więc naprawdę cieszę się bardzo z tej całkiem bliskiej perspektywy wyjazdu. Zwłaszcza, że będzie on okazją, taką mam nadzieję, aby moja córka zapoznała się ze śniegiem. Bo, póki co, najniższa temperatura jakiej zaznała to 14 stopni napotkane w ubiegłym miesiącu, późnym wieczorem, w jednym z górskich miasteczek w andyjskim stanie Merida.

Bo wenezuelskia malżonka zimowe doświadczenie już posiada – ma za sobą jedną polską Wigilię, która dla Wenezuelczyków, przyzwyczajonych do świętowania Bożego Narodzenia na plaży, jest obrzędem całkiem egzotycznym.

Kilka słów należy napisać o biletach lotniczych, które w ostatnich miesiącach stały się towarem mocno deficytowym. Wszystko z powodu wielomiliardowego długu, jaki wenezuelski rząd ma wobec zagranicznycgh linii lotniczych. Choć tutejsze władze oczywiście oburzają się, gdy mówi się o „długu”. Według nich żadnego długu nie ma. Formalnie mają nawet rację, choć w praktyce ich zachowanie to zwykły bandytyzm.

Sprawa w skrócie wygląda następująco: linie lotnicze, na całym świecie, ceny międzynarodowych biletów mają w dolarach. To, jeśli się nie mylę, jedyna waluta cenników IATA. I ceny te po prostu przelicza się na lokalną walutę rynku sprzedaży. Czyli w Wenezueli na boliwary.

A ponieważ rząd ma tu praktyczny monopol na oficjalną wymianę walut i międzynarodowy obrót walutami, to właśnie rząd ma później wymieniać liniom lotniczym zainkasowane boliwary na dolary, aby te mogły zarobek wytransferować do swych central.

Taka jest teoria. W praktyce od dwóch lat rząd ociąga się z wymianą boliwarów na dolary. I linie lotnicze mają na swych wenezuelskich kontach miliardy bezużytecznych, tracących każdego dnia na wartości, boliwarów. „Dług” rządu wobec przewoźników przekracza już ponad 4 miliardy dolarów. I niektórzy, prawie wszyscy, stracili już cierpliwość.

Air Canada po prostu, z dnia na dzień, przestała latać do Caracas. Inne linie drastycznie zredukowały liczbę lotów do Wenezueli i, w miarę możliwości, wysyłają na trasy tutaj mniejsze samoloty (np. Aerolineas Argentinas zaminiło Airbusa A330 na Boeinga 737).

W efekcie liczba dostępnych biletów bardzo zmalała. A te co pozostały są dla Wenezuelczyków najczęściej niedostępne. Linie lotnicze albo zupełnie wstrzymały sprzedaż biletów na terenie Wenezueli, albo wprowadziły ograniczenia. Np. Lufthansa sprzedaje bilety do Europy tylko z trzydniowym wyprzedzeniem. Tzn. dzisiaj, w poniedziałek, mogę próbować kupić bilet na jutro lub pojutrze. Jeśli jeszcze cokolwiek pozostało.

Co więc robić w takiej sytuacji? Można kupować bilety za granicą, za dolary. Ale to jest zarezerwowane dla ekonomicznej elity, zwłaszcza tych co zarabiają w dolarach, mają konta za granicą, albo mają jakimś sposobem dostęp do „oficjalnych” dolarów, które rząd wciąć nielicznym udostępnia.

Pozostali o zagranicznych podróżach mogą, póki co, tylko pomarzyć. Weźmy przykład młodego lekarza, 3 lata po studiach, który pracuje w publicznym szpitalu i zarabia niewiele ponad 9 tys. boliwarów. Ile musiałby pracować na bilet do Polski kupiony za wolnorynkowe dolary? W Lufthansie najtańsza obecnie teoretycznie dostępna taryfa z Caracas to ok. 1700 USD, czyli, na dzień dzisiejszy 175 tys. boliwarów. Daje to prawie 20 miesięcznych, lekarskich pensji!

Witamy w boliwariańskim, socjalistycznym raju, gdzie wszystkim żyje się coraz lepiej!

Jest jeszcze jedna droga. Też typowo wenezuelska. Czyli „gestores„. Gestores, to „załatwiacze”, którzy za odpowiednią opłatą załatwiają w tym kraju niemal wszystko. Od prawa jazdy, przez dyplomy uniwersyteckie, po bilety lotnicze właśnie.

Bilety które dzisiaj dostałem, wystawione przez Air France, w biurze tych linii nie są do dostania. „Nie sprzedajemy.” usłyszałem, gdy jeszcze sam próbowałem załatwiać. Ale potem pewien kolega przedstawił mi swego kolegę, który ma kogoś w jakimś ministerstwie, kto może zarządać od linii lotniczej sprzedaży biletu po oficjalnej cenie. Czyli nie za 175 tys. boliwarów, tylko za 20-30 tysięcy. „Możesz mi załatwić?” nieśmiało zapytałem. „Chyba mogę, z ok. 100 proc. narzutem” – usłyszałem. „To spróbuj” – poprosiłem, bo szybko wyliczyłem że nadal to się będzie opłacało.

Kolega kolegi niespodziewanie odezwał się w miniony piątek. Takie i takie daty co odpowiadają? Tak? To przelewaj pieniądze na takie konto.

Była oczywiście chwila wahania, bo mogłem stracić pieniądze i nigdy nie zobaczyć żadnych biletów, ale postanowiłem zaryzykować.

Tym razem opłaciło się, bo dzisiaj dostałem maila z kodami rezerwacyjnymi, których wbicie na stronie internetowej Air France potwierdziło istnienie wystawionych biletów.

Ile w końcu zapłaciłem? Po 55 tys. boliwarów za dorosłego. To wciąż aż 6 miesięcznych wynagrodzeń lekarza, ale z drugiej strony tylko niewiele ponad 500 USD czarnorynkowych dolarów. Oficjalnie moje bilety kosztowały po 27 tys. boliwarów.

PS. Informacja dla znajomych: w Polsce będę od 21 grudnia do 10 stycznia.

 

 

 

 

Reklamy