Petrocasas

Gran Misión Vivienda

Gran Misión Vivienda – ostatni chyba, wielki socjalny projekt Hugo Cháveza – mieszkania dla najuboższych. Wielka duma chavistów w Wenezueli i na świecie. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda rzeczywiście pięknie – oto wyciągamy biedotę ze slumsów i dajemy im „nowoczesne” mieszkania. Mieszkania z łazienkami, kuchniami, klatkami schodowymi i adresem pod który można trafić. Czyli coś, co w slumsach jest rzadkością.

Program wystartował w 2011 r. Nieżyjący już Dowódca Boliwariańskiej Rewolucji ogłosił jego powstanie tymi słowami:

Tworzymy nowy rządowy program – Wielką Misję Mieszkanie Wenezuela. Jaki jest jej cel? Jej najwyższym celem jest życie! Aby żyło się żyjąc, aby zapewnić potrzeby życiowe, potrzeby pełnego życia
Program ten jest potępieniem kapitalizmu, który skazał biedny Lud na ubóstwo, na mierne slumsy, na nędzne dzielnice, na to aby żyło się umiejając.
Rewolucja dawać będzie Ludowi wenezuelskiemu każdego dnia więcej i więcej życia. Abyśmy żyli żyjąc.

Od tego czasu, wg. oficjalnego stanu z połowy sierpnia, oddano do użytku w całej Wenezueli ponad 415 tys. takich socjalnych mieszkań. 415 tysięcy rodzin przeprowadziło się ze slumsów do nowo wybudowanych budynków.

Więc co? Rzeczywiście sukces? Moim (i nie tylko moim) zdaniem, niezupełnie.

Pomijam fakt, że – ideologicznie – nie podoba mi się rozdawanie czegoś przez Państwo. I nie dlatego, że jestem przeciwnikiem Państwa opiekuńczego. Bo nie jestem. Po prostu, używając wyświechtanego porównania, ludziom głodnym powinno się dawać wędki, a nie ryby. Bo takie rozdawanie prezentów jest demagogiczne i demoralizujące. Zamiast stworzyć ludziom warunki do godziwej pracy, do rozwoju, chavistowski rząd hoduje sobie wegetującą, ale wierną grupę, żyjącą na państwowej kroplówce. Zamiast pracować, siedzą całymi dniami w ministerstwach, urzędach i partyjnych kolektywach, „załatwiając sobie” bon na lodówkę, mieszkanie, samochód, rentę, pomoc socjalną.  Dochodzi do sytuacji, że ludzie mają relatywnie dobrze wyposażone mieszkania i samochody, choć tak naprawde nigdy nigdzie na stałe nie pracowali.

A że, niestety, Państwo nie jest w stanie pomóc wszystkim, to inni (większość) charują od dna do nocy za śmieszne pieniądze, często bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Czyli po prostu mamy utrwalaną przez władze niesprawiedliwość społeczną.

Bo to nawet nie jest tak, że Państwo pomaga najbiedniejszym. Nawet gdyby chciało, to jest to chyba niemożliwe. Bo jak np. wybrać kto z ponad 2,5 miliona osób, które mieszkają w slumsach w samym tylko Caracas, zasługuje na pierwszeństwo w pomocy? Państwo pomaga więc najwierniejszym. Tym którzy zapisali się do Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli, tym którzy mają gdzieś jakiegoś znajomego, czy wreszcie tym którzy zapłacili łapówkę.

Tak się stało, że od pewnego czasu – zawodowo – mam często kontakt z robotnikami budowlanymi. Większość z nich mieszka właśnie w mniej lub bardziej cywilizowanych slumsach (slums, slumsowi nierówny – są takie, po których można w ciągu dnia chodzić bez obaw, są też inne, w które nawet służby mundurowe boją się wjeżdżać. Ale to temat na inną notkę.). I często opowiadają o tym jak boliwariańska „pomoc socjalna” wygląda od podszewki. O łapówkach i zobowiązaniach, które generuje.

I tak np. zdecydowana większość mieszkań w Gran Misión Vivienda to przede wszystkim klucze. Nie ma żadnego aktu własności, ani umowy. Podarowanego mieszkania nie można sprzedać. Z jednego getta, trafia sie do drugiego – państwowego. Bo Państwo każe sobie nieustannie okazywać wdzięczność za swoją hojność. Wiec poparcia dla rządu – obecność obowiązkowa. Wybory – głosować trzeba na naszego kandydata. Niektórzy robotnicy pokazywali mi zdjęcia, które kazano im robić telefonem w wyborczej izolatce podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Bo, jak usłyszeli od „działaczy społecznych” jeśli nie będą mieli dowodu na to, że zagłosowali na właściwiego kandydata, to będą musieli mieszkanie opuścić.

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze druga strona medalu. Techniczna. Czyli jakość oddawanych mieszkań. W centrum Caracas postawiono kilka rzeczywiście dość architektonicznie ciekawych, „sztandarowych” budynków mieszkalnych, zaprojektowanych przez renomowanego wenezuelskiego architekta-komunistę Dario Fruto-Vivasa. To tam wożone są zagraniczne delegacje, to je pokazuje się na propagandowych zdjęciach. Prezentują się rzeczywiście ładnie. Ale jest ich zaledwie kilka.

Zdecydowana większość to budowane w pośpiechu baraki, pawilony lub domki. Większość ze skazą. Na prowincji są np. tzw. petrocasas, czyli domki składane z prefabrykatów z tworzyw sztucznych. Podatne na pożary i wg. niektórych niezależnych badań zawierające zdecydowanie rakotwórcze substancje.

petrocasa

typowa „petrocasa”, fot: AVN

petrocasas

typowe osiedle z petrocasas (fot: AVN)

W Caracas są też gigantyczne bloki, budowane przez rosyjskie i białoruskie firmy, wciśnięte między sortownię śmieci i jednostkę wojskową, które – jak twierdzi znajomy inżynier, zupełnie nie spełniają wenezuelskich norm antysejsmicznych. Zresztą jeden z nich, nawet bez trzęsienia ziemi, ostatnio się częściowo zawalił. Na szczęście przed oddaniem do użytku.

Są też i budynki mniejsze. Ale też szybko zamieniające się w rudery. Bo budowano w pośpiechu, bo rozkradziono część materiałów budowlanych, bo źle utwardzono teren. Zdarza się, i to wcale nie tak rzadko, że w ofiarowanym, wystanym w kolejkach i opłaconych łapówką mieszkaniach warunki szybko staja się gorsze niż w slumsie, które ono zastąpiło. I sytuacja staje się jeszcze bardziej dramatyczne. Protesty nie są tolerowane, bo prezentu się nie krytykuje. O nowe mieszkanie nie można się ubiegać, bo przecież Państwo już sprezentowało „godne lokum”.

Tymczasem to „godne lokum” wygląda często tak:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

fot: Fernando Campos/Cadena Capriles

I nie, to nie są zdjęcia z budowy. To są zdjęcia osiedla, które zostało oddane do użytku na przełomie 2011 i 2012 roku. Czyli jest nowe. Ale już się wali. Jego mieszkańcy mieli w sumie na tyle szczęścia, że znajduje się ono w Caracas i warunkami tam panującymi zainteresowała sie w końcu prasa. Oczywiście nie ta prorządowa, ale szum się zrobił na tyle głośny, że kilka dni temu władze podjęły decyzję o tymczasowej ewakuacji mieszkańców niektórych budynków. Będą naprawiać.

Droga do obiecanego przez Hugo Chaveza socjalistycznego raju XXI wieku jest, jak widać, kręta. I coraz bardziej wyboista. A ja jestem w dodatku przekonany, że kończy się przepaścią.

Reklamy