Polacy w Wenezueli

Tajemniczy starszy pan z 13 piętra

Nie wiem jak jest pod tym względem obecnie w Polsce, ale tu w Wenezueli, w Caracas, w nowoczesnych apartamentowacach króluje anonimowość. Sąsiadów spotykam od czasu do czasu w windzie albo na parkingu, mówimy sobie dzień dobry albo dobry wieczór i na tym nasze sąsiedzkie relacje się kończą.

Żona twierdzi, i nie mam podstaw aby jej nie wierzyć, że to kolejna “zdobycz” Rewolucji Boliwariańskiej, że dawniej było inaczej. Teraz ludzie się siebie boją. Lepiej nie wiedzieć kto, gdzie i dla kogo pracuje, z kim i jakie ma układy. Ja się nie interesuje twoimi sprawami, ty nie wsadzaj nosa w moje – tak będzie najlepiej. I broń Boże nie pytaj skąd mam tego nowego hummera i dlaczego codziennie wyjeżdżam z domu w obstawie dwóch uzbrojonych motocyklistów.

W efekcie, choć w aktualnym miejscu mieszkamy już 5 lat, to nie znamy z sąsiadów nikogo, poza jednym małżeństwem mającym chłopca w mniej więcej wieku naszej dziewczynki. I które w dodatku też jest małżeństwem mieszanym, choć odwrotnie – on jest Wenezuelczykiem, ona Francuzką.

Reszta sąsiadów jest dla nas enigmą. A nie ma ich wcale tak wielu. Budynek ma raptem 15 pięter i po trzy mieszkania na każdym, z wyjątkiem ostatniego, gdzie jest tylko jeden penthouse z widokiem na 4 strony świata. Tam zdaje się mieszka ten gruby, co jeździ z ochroniarzami. Pracuje ani chybi na jakiejś intratnej rządowej posadzie, czego można się domyśleć po czerwonych koszulkach i naklejce-przepustce jakiegoś ministerstwa na szybie samochodu. No i gburowatości, bo jako jedyny chyba nie odpowiada na żadne dzień dobry, czy dobry wieczór. Co jednak sympatyczne, odkąd się wprowadził, gdzieś w połowie ubiegłego roku, skończyły się kłopotu z internetem w budynku i nawet wyłączenia prądu nam nie straszne, bo wraz z nim pojawił się w bloku, a właściwie obok niego, potężny agregat prądotwórczy startujący automatycznie z każdym razem gdy na ulicy gaśnie światło. Czasem miło być blisko władzy!

W budynku mieszka też starszy, niebieskooki pan jeżdżący też nie najmłodszym, ale wciąż bardzo przepięknym Fordem Mustangiem. To znaczy nim jeździ w weekendy, bo na codzień ma Forda Explorera. Wiem to wszystko, bo miejsca parkingowe ma naprzeciw naszych. Zawsze się z moja lubą zastanawialiśmy skąd jest, bo po oczach i akcencie w dzień dobry i dobry wieczór było widać, że nie tutejszy. Ale tak jak już napisałem – żelazną zasadą jest, że o nic się nie pytamy. Więc zgadywaliśmy. Było, że może Francuz, może Amerykanin? Żona stawiała jeszcze na Holendra. Możliwość Rosjanina ja wyeliminowałem, bo zbyt dystyngowany, zbyt szczerze uśmiechający się i za bardzo patrzący w oczy przy dzień dobry i dobry wieczór. Z tego samego powodu odrzuciłem też hipotezę niemiecką. Poza tym nie miał niemieckiej flagi na żadnym swoim samochodzie, a Niemcy tutaj zazwyczaj je mają. Jeszcze była możliwość, że jakiś Skandynawczyk, ale zbyt dużo ciepła było w tym jego spojrzeniu.

Tak, jestem świadomy, że dużo w tym wszystkim uprzedzeń i stereotypów, ale przyznajcie sami, kto ich nie ma?

Zagadka strarszego pana z 13 piętra rozwiązała się sama w ten weekend. Miałem akurat urodziny i właśnie wychodziliśmy na rodzinny obiad do restauracji, właśnie wsiadaliśmy do windy, właśnie powiedziałem Buenos Dias tejemniczemu nieznajomemu, gdy zadzwoniła mama z życzeniami. Dużo se nie porozmawialiśmy bo w windzie zasięg jest nikły, a gdy zjeżdża w podziemne garaże niknie zupełnie. Skończyło się więc na: tak, tak wszystko dobrze, zdzwonimy się później, mała zdrowa, też Cię kocham. Wystarczyło to jednak aby twarz pana z 13 piętra rozpromieniała i aby, łamiąc sąsiedzkie konwenanse, natychmiast zapytał: Jesteś Polakiem?

Okazało się, że starszy pan z 13 piętra ma na imię Jan i też jest Polakiem. Tzn. obywatelstwo ma francuskie, ale czuje się Polakiem, bo oboje rodzice z Polski, wychowany choć we Francji to po polsku. I mówi po polsku bardzo dobrze. Choć jak sam przyznał już od lat nie miał okazji. Bo syn, juz bardzo dorosły, mieszka w USA i po polsku nie chce, rodziny w Polsce nie ma, a ta z Francji woli po francusku.

Bardzo to było wzruszające. Bardzo lubię takie niespodziewane spotkania. I cieszę się bardzo, że pan Jan, już dla mnie Janek, przyjdzie do nas w piątek na kolację.

Reklamy