Polska

Duda – ten niezłomny pajac

Miałem nadzieję, że po ostatnim wpisie mi ulży i przez długi czas nie będę musiał zaśmiecać tego bloga tym co dzieje się w Polsce. Ale nie, glancuś z Krakowa niestety sprawia, że ciśnienie mi rośnie i muszę gdzieś je rozładować.

A że z Polakami nie mam tu specjalnie kontaktu, żony polska polityka nie interesuje, więc pozostaje mi ten blog. Przepraszam Was. I z góry przepraszam też mojego Ojca, który pewnie nie będzie specjalnie szczęśliwy, gdy przeczyta to co zamierzam napisać. Bo Ojciec zawsze był państwowcem, liczyła się dla niego służba Ojczyźnie i darzył głowę Państwa szacunkiem z samej tylko racji powierzonej mu przez obywateli funkcji.

Piękne to, takie patriotyczne, ale ja tak niestety nie potrafię. Dla mnie szacunek z urzędu, powiązany ze stanowiskiem nie istniej. Uważam, że każdy na szacunek musi sobie zapracować. Nie wystarczą zapewnienia o własnej niezłomności i wiarze, ani pompatyczne mówienie o sobie w 3 osobie. Takie słowa nie przykryją smrodu z fikcyjnych etatów dla euroasystentów, blokowania etatu na Uniwersytecie Jagiellońskim i innych kłamstw i oszustw.

Czy tak wygląda człowiek niezłomny? Dla mnie to złamany nałogiem mięczak.

Czy tak wygląda człowiek niezłomny? Dla mnie to złamany nałogiem mięczak.

Duda w dniu zaprzysiężenia stwierdził m.in. że „Polska znika”. I w tym wypadku chyba ma rację. Dla mnie, rzeczywiście, Polska, w dniu objęcia przez tego pajaca fotela prezydenckiego, zaczęła znikać. Na całe 5 lat. To nie jest mój prezydent i nie chce aby mój kraj wyglądał tak jak to planuje glancuś i jego mentor Jarosław.

I wszystko jasne!

Ulżyło mi.

Reklamy

Zbiera mi się na wymioty!

Staram się tu u siebie na blogu nie pisać o tym co dzieje się w Polsce, a już na pewno nie o polskiej polityce. W kraju nie mieszkam, podatków w nim nie płacę, w wyborach udziału nie biorę. Ale czasem trzeba sobie ulżyć i właśnie dzisiaj to zrobię. Bo o napisaniu tego co chcę napisać myślę od czasu wyborów prezydenckich. Ale równocześnie sobie mówiłem: „Daj sobie trochę na wstrzymanie, daj kredyt zaufania temu Dudzie. Może nie jednak nie będzie takim idiotą na jakiego się zapowiada.”

Ale nie, dzisiaj marka się przelała. Koleżanka ze studiów, obecnie na kierowniczym stanowisku w jednym z ministerstw, przesłał mi linka do onetowej relacji z wizyty prezydenta-elekta w sanktuarium maryjnym w Rychwałdzie. Pan Duda powiedział tam m.in.

 – Tego zawsze potrzeba, jeżeli ktoś chce zrealizować wielkie dzieło (…) naprawy Rzeczypospolitej, które jest przed nami. Wierzę, że jako ludzie wierzący, także dzięki tej modlitwie, zdołamy to zrealizować lepiej, uczciwiej i rzetelniej –

Nosz kurwa mać. Żadnych już pozorów, ża Dudostan, a właściwie Kaczystan, bo ten glancuś z Krakowa wygląda na nic więcej jak marionetkę prezesa, będzie neutralny światopoglądowo. Mi to wygląda na zapowiedź budowy państwa wyznaniowego, w którym jedynym wyznacznikiem uczciwości i rzetelności będzie religijna nad-gorliwość. Rzygać się chce.

I żeby było jasne. Jestem katolikiem i nie byłem wcale fanem Komorowskiego, ani rządów PO. Z daleka widzę, że Polska nieustannie się rozwija, ale też widzę, że można było zrobić w ostatnich latach o wiele więcej.

Niemniej, tak jak ostatnio namawiałem moją żonę do rozważenia możliwości naszej przeprowadzki do Polski, tak teraz czegoś takiego sobie nie wyobrażam. Nie wyobrażam sobie powrotu do kraju rządzonych przez nawiedzonych i często niekompetentnych oszołomów w stylu Kaczyńskiego, Macierewicza, Ziobry, Waszczykowskiego, Fotygi, czy Krystyny Pawłowicz. Obawiam się, że będzie to ponownie, jak za czasów współrządów bliźniaków, czas szczujni i zaściankowości. My Polacy mamy niestety bardzo krótką pamięć.

PiS

Jak pewnie uważni czytelnicy tego bloga wiedzą mam pewne rodzinne i towarzyskie związki z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Do czasu niedawnego przejścia na emeryturę pracował tam, przez ponad dwie dekady, mój ojciec. W dyplomację poszło też dwóch moich najlepszych przyjaciół ze studiów. Wiem więc, mniej więcej, co na Szucha w trawie piszczy i jakie są nastroje. I choć Sikorskiego zdarzało mi się krytykować, oraz wiem że jego megalomania i przeświadczenie o własnej niomylności wielu odstręczało, to jednak wiem też jak wielką rewolucją było jego przyjście na ugór jaki z tego ministerstwa zrobiła ulubienica Kaczyńskiego, Anna Fotyga. Opowieści o niewiedzy i dyletanctwie jej i jej świty były takie, że włos się jeżył na głowie, a niektóre sprawy nadawały się wręcz dla prokuratora.

I niestety nie ma powodu aby myśleć, że teraz, gdy PiS jesienią przejmie pewnie pełnię władzy, będzie inaczej. To przecież banda rozmodlonych, pełnych kompleksów i nienawiści, złodziei i hipokrytów. A jak ktoś twierdzi inaczej niech tylko sobie przypomni o SKOK-ach, czy spółkce Telegraf.

No i to by było na tyle. Ulżyło mi. Mam nadzieję, że minie dużo czasu zanim ponownie na te strony zawita polska polityka. Albo i wcale.

 

Jingle Bells, Jingle Bells!

Dzisiaj u mnie panuje radośnie świąteczny nastrój. Prawie czuję w powietrzu zapach choinki. Bo kilka godzin temu dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Polski w okresie bożonarodzeniowo-noworocznym! Całą rodziną! I, choć w Polsce byliśmy kilka miesięcy temu,  jest to, mimo wszystko, dla mnie wielkie wydarzenie.

W Wenezueli mieszkam już prawie 9 lat i w tym czasie byłem w Polsce zaledwie 5 razy. Jakkolwiek patriotycznych tęsknot nie ma we mnie wcale, to jednak, wcale się tego nie wstydzę, za rodziną, przyjaciółmi, czy zakamarkami w rodzinnym mieście, ckni mi się dość regularnie. Więc naprawdę cieszę się bardzo z tej całkiem bliskiej perspektywy wyjazdu. Zwłaszcza, że będzie on okazją, taką mam nadzieję, aby moja córka zapoznała się ze śniegiem. Bo, póki co, najniższa temperatura jakiej zaznała to 14 stopni napotkane w ubiegłym miesiącu, późnym wieczorem, w jednym z górskich miasteczek w andyjskim stanie Merida.

Bo wenezuelskia malżonka zimowe doświadczenie już posiada – ma za sobą jedną polską Wigilię, która dla Wenezuelczyków, przyzwyczajonych do świętowania Bożego Narodzenia na plaży, jest obrzędem całkiem egzotycznym.

Kilka słów należy napisać o biletach lotniczych, które w ostatnich miesiącach stały się towarem mocno deficytowym. Wszystko z powodu wielomiliardowego długu, jaki wenezuelski rząd ma wobec zagranicznycgh linii lotniczych. Choć tutejsze władze oczywiście oburzają się, gdy mówi się o „długu”. Według nich żadnego długu nie ma. Formalnie mają nawet rację, choć w praktyce ich zachowanie to zwykły bandytyzm.

Sprawa w skrócie wygląda następująco: linie lotnicze, na całym świecie, ceny międzynarodowych biletów mają w dolarach. To, jeśli się nie mylę, jedyna waluta cenników IATA. I ceny te po prostu przelicza się na lokalną walutę rynku sprzedaży. Czyli w Wenezueli na boliwary.

A ponieważ rząd ma tu praktyczny monopol na oficjalną wymianę walut i międzynarodowy obrót walutami, to właśnie rząd ma później wymieniać liniom lotniczym zainkasowane boliwary na dolary, aby te mogły zarobek wytransferować do swych central.

Taka jest teoria. W praktyce od dwóch lat rząd ociąga się z wymianą boliwarów na dolary. I linie lotnicze mają na swych wenezuelskich kontach miliardy bezużytecznych, tracących każdego dnia na wartości, boliwarów. „Dług” rządu wobec przewoźników przekracza już ponad 4 miliardy dolarów. I niektórzy, prawie wszyscy, stracili już cierpliwość.

Air Canada po prostu, z dnia na dzień, przestała latać do Caracas. Inne linie drastycznie zredukowały liczbę lotów do Wenezueli i, w miarę możliwości, wysyłają na trasy tutaj mniejsze samoloty (np. Aerolineas Argentinas zaminiło Airbusa A330 na Boeinga 737).

W efekcie liczba dostępnych biletów bardzo zmalała. A te co pozostały są dla Wenezuelczyków najczęściej niedostępne. Linie lotnicze albo zupełnie wstrzymały sprzedaż biletów na terenie Wenezueli, albo wprowadziły ograniczenia. Np. Lufthansa sprzedaje bilety do Europy tylko z trzydniowym wyprzedzeniem. Tzn. dzisiaj, w poniedziałek, mogę próbować kupić bilet na jutro lub pojutrze. Jeśli jeszcze cokolwiek pozostało.

Co więc robić w takiej sytuacji? Można kupować bilety za granicą, za dolary. Ale to jest zarezerwowane dla ekonomicznej elity, zwłaszcza tych co zarabiają w dolarach, mają konta za granicą, albo mają jakimś sposobem dostęp do „oficjalnych” dolarów, które rząd wciąć nielicznym udostępnia.

Pozostali o zagranicznych podróżach mogą, póki co, tylko pomarzyć. Weźmy przykład młodego lekarza, 3 lata po studiach, który pracuje w publicznym szpitalu i zarabia niewiele ponad 9 tys. boliwarów. Ile musiałby pracować na bilet do Polski kupiony za wolnorynkowe dolary? W Lufthansie najtańsza obecnie teoretycznie dostępna taryfa z Caracas to ok. 1700 USD, czyli, na dzień dzisiejszy 175 tys. boliwarów. Daje to prawie 20 miesięcznych, lekarskich pensji!

Witamy w boliwariańskim, socjalistycznym raju, gdzie wszystkim żyje się coraz lepiej!

Jest jeszcze jedna droga. Też typowo wenezuelska. Czyli „gestores„. Gestores, to „załatwiacze”, którzy za odpowiednią opłatą załatwiają w tym kraju niemal wszystko. Od prawa jazdy, przez dyplomy uniwersyteckie, po bilety lotnicze właśnie.

Bilety które dzisiaj dostałem, wystawione przez Air France, w biurze tych linii nie są do dostania. „Nie sprzedajemy.” usłyszałem, gdy jeszcze sam próbowałem załatwiać. Ale potem pewien kolega przedstawił mi swego kolegę, który ma kogoś w jakimś ministerstwie, kto może zarządać od linii lotniczej sprzedaży biletu po oficjalnej cenie. Czyli nie za 175 tys. boliwarów, tylko za 20-30 tysięcy. „Możesz mi załatwić?” nieśmiało zapytałem. „Chyba mogę, z ok. 100 proc. narzutem” – usłyszałem. „To spróbuj” – poprosiłem, bo szybko wyliczyłem że nadal to się będzie opłacało.

Kolega kolegi niespodziewanie odezwał się w miniony piątek. Takie i takie daty co odpowiadają? Tak? To przelewaj pieniądze na takie konto.

Była oczywiście chwila wahania, bo mogłem stracić pieniądze i nigdy nie zobaczyć żadnych biletów, ale postanowiłem zaryzykować.

Tym razem opłaciło się, bo dzisiaj dostałem maila z kodami rezerwacyjnymi, których wbicie na stronie internetowej Air France potwierdziło istnienie wystawionych biletów.

Ile w końcu zapłaciłem? Po 55 tys. boliwarów za dorosłego. To wciąż aż 6 miesięcznych wynagrodzeń lekarza, ale z drugiej strony tylko niewiele ponad 500 USD czarnorynkowych dolarów. Oficjalnie moje bilety kosztowały po 27 tys. boliwarów.

PS. Informacja dla znajomych: w Polsce będę od 21 grudnia do 10 stycznia.

 

 

 

 

Wrocław, czy Olsztyn?

Jak myślicie? Jakie miasto najbardziej zasługuje na miano rasistowskiej stolicy Polski? Wrocław, czy Olsztyn?

Tak pytam, bo odnoszę wrażenie, że za każdym razem gdy czytam o pobiciu jakiegoś cudzoziemca w Polsce, to okazuje się że dzieje się to właśnie tam. Albo we Wrocławiu, albo w Olsztynie.

Tym razem poturbowano całą międzynarodową grupkę – zaczęto od „szturchania” dziewczyny z Gwatemali, a skończyło się na uszkodzeniu ciała czarnoskórego Francuza. Gdzie? Znowu we Wrocławiu. I to nie żadne męty spod budki z piwem – podejrzany o pobicie jest ponoć absolwentem prawa na Uniwersytecie Wrocławskim i obecnie robi aplikację adwokacką.

Przykro. A właściwie nie przykro – po prostu żygać się chce, gdy czyta się takie historie, albo to co wygaduje przystrojone muszką nowe polityczne bożyszcze znacznej części polskiej młodzieży.

Choć w sumie, z czystko egoistycznego punktu widzenia,  może to i dobrze, że tak się dzieje? Bo znacznie łatwiej odgonić nadchodzące czasem myśli o ewentualnym powrocie do kraju.

PS. Wspominane przeze mnie, po ostatniej wizycie w Polsce, niezbyt przyjemne ani kulturalne uwagi na temat ciemniejszej niż typowo słowiańska karnacji skóry mojej żony, też słyszałem właśnie we Wrocławiu.

 

Już po Polsce

Nie. To nie jest żadna apokaliptyczna przepowiednia. Ani diagnoza. Po prostu jestem po ponad miesięcznym pobycie w Polsce. Wróciłem wczoraj.

I był to wyjazd w pewnym sensie bezprecedensowy – bo po raz pierwszy byłem tam z córką. Byłem też z żoną, ale akurat z nią jeździłem już wcześniej. W trójkę byliśmy 2 tygodnie. Potem one wróciły do Caracas, a ja zostałem jeżdżąc od południa do północy, odwiedzając stare kąty, znajomych i rodzinę. Bardzo miło było. I ciekawie.

Bo w Polsce mnie nie było ponad 3 lata. Więc zmian sporo. Niesamowicie kraj się zmienił i unowocześnił. Autostrady, nowe budynki, to wszystko robi duże wrażenie. Chyba tylko PKP zatrzymało się w czasie, bo pociągi nadal się wloką i nie grzeszą czystością ani nowoczesnością. Charakterystyczny zapach też w nich ciągle ten sam.

Ale generalnie wrażenia pozytywne. Bardzo nawet.

Garstka spostrzeżeń jednak:

– Jesteśmy strasznymi malkontentami. Ciągle słyszałem utyskiwania na kryzys i Tuska. Narzekają nawet ci, którzy mieszkają w pięknych domach, przed którymi stoją 2 samochody i którzy właśnie zastanawiają się, czy na najbliższe wakacje pojechać na Hawaje, czy może na Fidżi. 🙂

– Polska polityka to bagno. Może nie takie jak w Wenezueli ale niechętnie oglądałem dzienniki, czy brałem gazetę do ręki. Ale i tak zdołałem podjąć decyzję, że na wybory do Europarlamentu nie pójdę. Bo nie wiedziałbym zupełnie na kogo zagłosować. PO robi wrażenie wypaolonej, PiS wciąż tak samo nawiedzony, a Korwin wciąż jest wariatem który raz gada z sensem a raz plecie jak potłuczony. Palikot już tylko antyklerykuje, a SLD mnie brzydzi. Więc nie mam w czym wybierać.

– Z tolerancją jest kiepsko. Moja żona murzynką nie jest, jest typową latynoską. Nasze dziecko też raczej ciemne. No i nasłuchałem się różnych komentarzy, niestety nie zawsze sympatycznych. Nie chciał bym być Murzynem w Polsce, zdecydowanie nie.

I ostatnia uwaga, najważniejsza:

polskie piwo jest wyśmienite!

Wracać do Caracas łatwo nie było. Tutejsze stołeczne lotnisko przywitało mnie, jak zwykle, potwornymi kolejkami do kontroli paszportowej i godzinnym prawie oczekiwaniem na bagaże. Nowością, bo tego jeszcze nie było gdy wylatywałem w Wielki Piątek, są olbrzymie plakaty z JaśnieMiłościwymNamTuPanującym Prezydentem Maduro. Wielkie jego zdjęcia z podpisem: MADURO to lud!

Od razu poczułem się w domu. Ale wariatów.