Radosław Sikorski

Zbiera mi się na wymioty!

Staram się tu u siebie na blogu nie pisać o tym co dzieje się w Polsce, a już na pewno nie o polskiej polityce. W kraju nie mieszkam, podatków w nim nie płacę, w wyborach udziału nie biorę. Ale czasem trzeba sobie ulżyć i właśnie dzisiaj to zrobię. Bo o napisaniu tego co chcę napisać myślę od czasu wyborów prezydenckich. Ale równocześnie sobie mówiłem: „Daj sobie trochę na wstrzymanie, daj kredyt zaufania temu Dudzie. Może nie jednak nie będzie takim idiotą na jakiego się zapowiada.”

Ale nie, dzisiaj marka się przelała. Koleżanka ze studiów, obecnie na kierowniczym stanowisku w jednym z ministerstw, przesłał mi linka do onetowej relacji z wizyty prezydenta-elekta w sanktuarium maryjnym w Rychwałdzie. Pan Duda powiedział tam m.in.

 – Tego zawsze potrzeba, jeżeli ktoś chce zrealizować wielkie dzieło (…) naprawy Rzeczypospolitej, które jest przed nami. Wierzę, że jako ludzie wierzący, także dzięki tej modlitwie, zdołamy to zrealizować lepiej, uczciwiej i rzetelniej –

Nosz kurwa mać. Żadnych już pozorów, ża Dudostan, a właściwie Kaczystan, bo ten glancuś z Krakowa wygląda na nic więcej jak marionetkę prezesa, będzie neutralny światopoglądowo. Mi to wygląda na zapowiedź budowy państwa wyznaniowego, w którym jedynym wyznacznikiem uczciwości i rzetelności będzie religijna nad-gorliwość. Rzygać się chce.

I żeby było jasne. Jestem katolikiem i nie byłem wcale fanem Komorowskiego, ani rządów PO. Z daleka widzę, że Polska nieustannie się rozwija, ale też widzę, że można było zrobić w ostatnich latach o wiele więcej.

Niemniej, tak jak ostatnio namawiałem moją żonę do rozważenia możliwości naszej przeprowadzki do Polski, tak teraz czegoś takiego sobie nie wyobrażam. Nie wyobrażam sobie powrotu do kraju rządzonych przez nawiedzonych i często niekompetentnych oszołomów w stylu Kaczyńskiego, Macierewicza, Ziobry, Waszczykowskiego, Fotygi, czy Krystyny Pawłowicz. Obawiam się, że będzie to ponownie, jak za czasów współrządów bliźniaków, czas szczujni i zaściankowości. My Polacy mamy niestety bardzo krótką pamięć.

PiS

Jak pewnie uważni czytelnicy tego bloga wiedzą mam pewne rodzinne i towarzyskie związki z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Do czasu niedawnego przejścia na emeryturę pracował tam, przez ponad dwie dekady, mój ojciec. W dyplomację poszło też dwóch moich najlepszych przyjaciół ze studiów. Wiem więc, mniej więcej, co na Szucha w trawie piszczy i jakie są nastroje. I choć Sikorskiego zdarzało mi się krytykować, oraz wiem że jego megalomania i przeświadczenie o własnej niomylności wielu odstręczało, to jednak wiem też jak wielką rewolucją było jego przyjście na ugór jaki z tego ministerstwa zrobiła ulubienica Kaczyńskiego, Anna Fotyga. Opowieści o niewiedzy i dyletanctwie jej i jej świty były takie, że włos się jeżył na głowie, a niektóre sprawy nadawały się wręcz dla prokuratora.

I niestety nie ma powodu aby myśleć, że teraz, gdy PiS jesienią przejmie pewnie pełnię władzy, będzie inaczej. To przecież banda rozmodlonych, pełnych kompleksów i nienawiści, złodziei i hipokrytów. A jak ktoś twierdzi inaczej niech tylko sobie przypomni o SKOK-ach, czy spółkce Telegraf.

No i to by było na tyle. Ulżyło mi. Mam nadzieję, że minie dużo czasu zanim ponownie na te strony zawita polska polityka. Albo i wcale.

 

Reklamy

Braki kadrowe w polskim MSZ?

Polska ma od kilku miesięcy w Wenezueli nowego ambasadora. Jest nim nijaki Piotr Kaszuba, prawnik. Polonia, która się z nim spotkała pisze, że miły, sympatyczny facet. Uśmiechnięty.

I pewnie tak jest.

Niemniej znajomy Wenezuelczyk, który ze względów zawodowych ma częsty kontakt z naszą placówką w Caracas jest trochę przerażony. „Maciek, jak to możliwe, że wasze ministerstwo wysyła tu na ambasadora kogoś, kto nie mówi po hiszpańsku?” – zapytał się mnie kilka tygodni temu.

Początkowo nie chciałem w to wierzyć. Wydawało mi się, że to po prostu niemożliwe. Ale popytałem się i okazuje się, że to naprawdę prawda. Nowy polski ambasador w Wenezueli nie zna języka kraju, w którym pracuje!Intensywnie się uczy” – powiedział mi znajomy Polak mający kontakty z ambasadą. „Stara się, próbuje, ale rzeczywiście rozmowy z tego nie będzie. Nawet o pogodzie.” – dodała jego wenezuelska żona.

Choć pewnie mój Ojciec się z tym nie zgodzi, ale ja daję sobie sprawę, że bycie urzędnikiem państwowym to żaden splendor. Sam, poniekąd, uciekłem przed tym z Polski. Niemniej myślałem, może naiwnie i zbyt polegając na ojcowskim idealiźmie, że dyplomacja jest tu pewnym wyjątkiem. Bo, mimo wszystko, to służba Ojczyźnie, w międzynarodowym środowisku, z możliwością jeżdżenia po świecie. Brzmi, przyznacie chyba, nienajgorzej.

Zresztą dwóch moich kolegów z roku trafiło do MSZ i byli i wciąż chyba są zadwoleni. Gdy ostatni raz widziałem się z jednym z nich, to zachwalał że polska służba dyplomatyczna się profesjonalizuje, że minister Radek Sikorski odmładza kadry. Narzekał trochę na poziom płac, ale stwierdził że „da się przeżyć”.

Niestety w Caracas tej profesjonalizacji i odmładzania kadr jakoś nie widać. Bo oto po ambasadorze, który choć zazwyczaj był „na bombce” (choć, z tego co wiem, mimo wszystko, zawsze trzymał fason), to jednak – to wszyscy podkreślali – doskonale znał Amerykę Łacińską (wcześniej był, jeśli dobrze pamiętam, na placówkach w Brazylii, Kubie i Meksyku), przysłano tu faceta który ani nie zna języka, ani kontynentu. Bo jego wcześniejsza „kariera” przebiegała przez Holandię, Danię i Słowenię.

Oczywiście świadomy jestem, że znajomość języka kraju, w którym się urzęduje, nie jest dla dyplomaty koniecznością. Trudno oczekiwać, że każdy polski ambasador w Chinach, Japonii, czy Indonezji, będzie doskonale władał lokalnym językiem.

Jest jednak, wydaje mi się, pewna różnica – w Azji prawie wszędzie można porozumieć się po angielsku. W Ameryce Połudnowej, zwłaszcza w Wenezueli, prawie nigdzie. A już szczególnie w kręgach obecniej, rewolucyjnej władzy.

Poza tym nie mówimy o żadnym trudnym, egzotycznym języku. Mówimy o języku europejskim, który można studiować na każdym chyba liczącym się polskim uniwersytecie, o trzecim najbardziej rozpowszechnionym języku na świecie!

Czy naprawdę w polskim MSZ są aż tak poważne braki kadrowe, że nie można zadbać o to, aby te zaledwie 8 ambasad, które Polsce pozostały w krajach hiszpańskojęzycznych (Hiszpania, Meksyk, Kuba, Kolumbia, Wenezuela, Peru, Argentyna, Chile) miały na swym czele ludzi znających ten język?

Wygląda na to, że niestety tak jest.

Wstyd Polsko. Wstyd panie ministrze Sikorski. Po prostu wstyd.